niedziela, 02.04.2017 14:07

Zbójnictwo na Żywiecczyźnie - cz. I

Oceń artykuł
(1 głos)
Zbójnictwo na Żywiecczyźnie - cz. I
Ciekawy temat zbójectwa posiada wiele przyczyn powstania, a geneza lub dokładne daty nie są jednoznaczne. Za początki zbójeckiego procederu uznaje się między innymi XVI wiek i działalność pasterzy wołoskich. Władze zmuszały ich do trwałego osiedlenia się, by móc narzucić na nich obowiązki feudalne. Pasterze ci, zachowując wolność osobistą, zbiegali w góry i zawiązywali bandy utrzymujące się z grabieży.

Najwcześniejszą relację o zbójnikach żywieckich zawierają „Acta spraw złoczyńców wszelakich”, obecnie w posiadaniu Biblioteki Jagiellońskiej. Chodzi o 1593 rok i wymieniony tam zostaje osobnik, który należał do bandy Szymona Czanieckiego. Wcześniejszych śladów zbójowania w oficjalnych dokumentach brak. Warto zaznaczyć, że w dawnych wiekach góry, lasy, były sposobem na uniknięcie konsekwencji karnych rozmaitych czynów. Dzisiejszym językiem można napisać, że również to metoda na wyrwanie się poza system. Wpływ na rozpowszechnianie się zbójnictwa miało także przejęcie ziem Beskidu Żywieckiego przez ród Komorowskich (1474). Podwyższyli oni znacząco czynsze chłopom i nakładali co raz to nowe obowiązki, co spotykało się z częstym sprzeciwem. Wzmożono ucisk poddanych. Wielu z chłopstwa, po czymś takim, porzuciło nie dające większych plonów gospodarstwa i uciekało w góry. Za przyczynę rozpowszechniania się omawianego zjawiska uznaje się też temperament i charakter górali. Hardość, żywiołowość. To czynnik istotny, bo odpowiada na pytanie, dlaczego tutaj, a w innych regionach kraju nie? Do tego dochodzi specyfika terenu. Trudno dostępne dla ścigających lasy i góry. Niedaleko była granica z Węgrami, w ostateczności można było ją przekroczyć. Przychylny procederowi był też stosunek lokalnej, poddańczej ludności. Tradycja ludowa Żywiecczyzny przechwała wiele legend i pieśni, sławiących zbójników. Wiele z nich obrazuje zbójowanie w sposób przesadnie gloryfikujący. Taka specyfika legend w zasadzie, świadczy to jednak o tej właśnie ciepłej optyce. Częstą pobudką bywała i chęć zemsty na wyzyskującym posiadaczu. Biedota solidaryzowała się z rozbójnikami w walce z feudałami. Często wręcz wspierała ich realnie, chroniąc, dostarczając strawę, ostrzegając przed obławą, narażając się też przez to panom zamkowym. Wątek znany zatem i z innych krajów Europy i świata. Taka sytuacja miała miejsce w Milówce, gdzie w 1688 roku, z wyroku sądu żywieckiego zostali ścięci: Tomasz Dudek i jego córka. Udowodniono im sprzyjanie zbójnikom.

Początek XVIII wieku to czas nędzy wsi podżywieckich i wielkiego rozwarstwienia ekonomicznego, co rozpowszechniło ucieczki w las. Dokumenty wskazują, że zbóje rekrutowali się wówczas w 70% z warstw najuboższych, nie posiadających żadnej ziemi. Należy dodać, że ich łupem padał również zagrody i stada zwykłych kmieci. Rodzimych, ale i tych na Orawie czy Liptowie.

Zbójnicy formowali się w oddziały, które liczyły od 3 do 25 osób. Na czele takich grup stali hetmani. Znanymi hetmanami byli na przykład: Martyn Portasz, Sebastian Bury, Wojciech Klimczak, Jerzy Fiedor, Kuba Cyganik.

Rok 1594 zapoczątkował serię napadów oddziału Jedrysa z Milówki, zwanego „Milowem”. Z początkiem następnego wieku głośną była banda Janka Tomsalika. W okolicach Węgierskiej Górki grabili przejeżdżających kupców. Rok 1607 z kolei, to zbójowanie bandy Wojtka Pobiory w okolicach Jeleśni.

Pierwsza wzmianka o zbójnikach w relacji Andrzeja Komonieckiego pochodzi z 1622 roku. Mówi o napadzie na samo już miasto Żywiec. W tym roku, w okolicach Cięciny utrzymywała się grupa miejscowych chłopów pod przywództwem Kuby Popielarza. Współpracował z nimi Janek Mikocik, fornal w folwarku wieprzańskim. Przed każdą wyprawą zbierali się w Kolibie za Cięciną, w szałasie Popielarzów. W tym samym czasie grasowała grupa Łukasza Łoparza z Cięciny, która napadła na dwór w Rychwałdku. W północnej części regionu działała banda pod przewodnictwem Bartłomieja Kotmana z Rybarzowic. Jego 11 osobowy oddział obejmował zasięgiem dobra łodygowickie i północną część Państwa Żywieckiego. Uznaje się za prawdopodobne, że grabili oni też ziemie bielskie i cieszyńskie. W 1622 dokonano napadu na folwarki w Wieprzu, Lipowej i Węgierskiej Górce. Łupem padła żywność, strzelby i inna broń myśliwska. W czasie skoku na folwark wieprzski zabity został ekonom Mikołaj Wojnarowski. Niejednokrotnie zresztą zabijano zarządców, znanych z okrutnego traktowania chłopów.

Zbójnicy żyli w prymitywnych warunkach, nie stroniąc od alkoholu, który wpływał często na bezwzględność ich postępowania. Bywali realnym postrachem dla warstw posiadających.

Napady rozbójnicze zyskały na intensywności w czasie opanowania państwa żywieckiego przez magnatów Rylskich (1623 – 1624). Ich rabunkowa gospodarka spotkała się z wyraźnym sprzeciwem chłopów. To wówczas działała silna grupa pod przewodnictwem hetmana Targosza, w której skład wchodzili zbóje z Cięciny i Rycerki. Relacje donoszą też o Tomaszu Masnym z Szarego, dowodzący bandą siedemnaściorga. Niedługo potem nasilenie działalności rozbójniczej stało się dla feudałów trudne do zniesienia. Docierały ponadto pogłoski o podobnej na Podhalu. W 1630 działała na Żywiecczyźnie silna, 25 osobowa grupa pod przewodnictwem Sebastiana Burego. Zorganizowana była na wzór wojskowy, na wyprawy chodziła z własną chorągwią. Połowa XVII wieku przyniosła szereg lokalnych powstań chłopskich również w innych regionach kraju, nie tylko na podgórskich terenach.

Zbójnictwo nie zelżało nawet w obliczu najazdu szwedzkiego, choć część banitów włączyła się czynnie do walki ze skandynawskim najeźdźcą.

W 1688 zbójowała u nas banda Martyna Portasza, Słowaka z Bystrzycy. Grabił plebanie i dwory magnackie. Podczas napadu na folwark w Węgierskiej Górce porwali urzędnika Marcina Jaska. Mimo dostarczenia okupu nie wypuścili go. Odcięli mu głowę przed karczmą w Rajczy, na widoku miejscowej ludności. Takie okrucieństwo nie znalazło jednak uznania w ich oczach.

W 1695 napadnięto na miasto Żywiec. Zbójcy ograbili młyn na podzamczu, ranili mieszczanina Bielewicza. Uciekli dzięki przechowanym za Sołą koniom. 10 z 17 złapano i stracono. W tym i przywódcę, Tomasza Masnego.

Około 1696 roku postrachem Żywiecczyzny było kilka kompanii zbójnickich, którym szefował Wojciech Klimczak. Byli dobrze zorganizowani. Posiadali emisariuszy, którzy przebrani za jałmużników zachodzili do domostw bogaczy, wypatrując okazji i sposobu na rabunek.

Zbójnictwo w XVIII wieku istniało nadal, jednak nie przybierało już na sile. Bandy były mniej liczne, ich czyny mniej spektakularne, a czas funkcjonowania – z uwagi na skuteczność obław – krótszy (2 do 4 lat). Najliczniejszą bandą końca XVIII wieku była grupa Jurka Fiedora z Kamesznicy, zwanego „Proćpakiem”. Żywo o nim do dziś w lokalnych pieśniach.

Oprócz długotrwałego istnienia zorganizowanych grup, znane i częste były też pojedyncze akcje odwetowe. Szczególnie na srogich ekonomach i innych urzędnikach dworskich, na których biedota przelewała swoją nienawiść do „panów”.

Wzmożone napady z XVII wieku zmusiły żywieckiego feudała do aktywnej walki z procederem. Często sprowadzane były z Krakowa lub Oświęcimia oddziały starościńskie. Gdy było to nieskuteczne, starosta miał prawo wezwać pospolite ruszenie ze swojego powiatu. Ponadto Żywczanie płacili rocznie 103 złote na utrzymanie oddziału harników, powołanych do walki ze zbójcami. O groźbie ze strony banitów mówiła nawet Konstytucja Sejmu Warszawskiego z 1620 roku. W 1632 roku bandę Sebastiana Burego ścigali harnicy Jana Zebrzydowskiego, którzy poczynali sobie swawolnie i okrutnie nawet z ludnością niezwiązaną z rozbójnikami. Na przykład w karczmie w Juszczynie wszczęli awanturę i zabili 7 osób. Główny ciężar walki z leśnymi przestępcami spadał jednak na żywieckich mieszczan. Obowiązek zwalczania ich podkreślał inwentarz wydany dla Żywca w 1712 roku.

Pojmanych zbójników karano z wielką bezwzględnością. Dla dania przykładu i odstraszenia innych przed pójściem taką drogą, wymyślano misterne tortury. Prawo karania śmiercią wynikało z aktu lokacyjnego prawa magdeburskiego, które respektowali Komorowscy. Doraźny sąd odbywał się w pastuszeńcu, koło zamku. Połączony był z torturowaniem oskarżonego. Łamanie kołem, ćwiartowanie i wiele innych. Wszak ludzka fantazja nie zna granic. Potem przeniesiono tą wątpliwą z dzisiejszego punktu widzenia atrakcję najpierw za Sołę do lniarni, następnie pod ratusz żywiecki, następnie i na Grojec. Egzekucji dokonywał kat sprowadzony z Oświęcimia lub Cieszyna. W 1630 roku stracono Sebastiana Burego przez powieszenie na haku. Tuż przed wieszany zawołał: „Wio Bury, do góry”.

W 1688 roku stracono wielu zbójców. Wśród nich Wojciecha Miczka ze Słotwiny. Z jakichś powodów unicestwiało go aż 4 katów, sprowadzonych z Cieszyna. Zainkasowali oni za swoją pracę każdy po 60 złotych. Władze Żywca odczytały to za zdzierstwo, ponieważ kat z Oświęcimia za tę samą robotę pobierał 10 złotych. Widocznie już wówczas widoczne były różnice ekonomiczne między tymi regionami.

Po wspominanej już, okrutnej akcji ścięcia głowy urzędnikowi w Rajczy, tym razem chłopstwo przyczyniło się do ujęcia Martina Portasza z Węgier. Stracono go w 1689 na Grojcu. Od tamtej pory ta góra stała się miejscem egzekucji. Zgładzeni na niej byli: Sebastian Doboszewicz z Radziechów, Melchior Malik z Gilowic, czy Tomasz Greń z Juszczyny.

Egzekucje odbywały się też poza Żywcem. W Rajczy Dolnej, Ciścu, w Pietrzykowicach. Wielu tracono w ich rodzinnych wsiach.

Symboliczny kres zbójnictwa na Żywiecczyźnie, spowodowany głównie skutecznym przeciwdziałaniem ze strony władz i wojska, stanowiło powieszenie na szubienicy pod Kamesznicą członków bandy „Proćpaka”. Miało to miejsce w 1795 roku.

Autor: Michał Cichy

Źródło: „Geneza i rozwój zbójnictwa w państwie żywieckim” Zygmunt Poniedziałek, Karta Groni VII-VIII 1976.

Czytany 616 razy