11 maj
2026

Echo dzwonów i cień swastyki: Żywieckie dzieciństwo Marii Ostrowskiej

Autor: Redakcja Data publikacji: 21.04.2026 19:30
LEAD Technologies Inc. V1.01

Historia to nie tylko daty w podręcznikach, suche fakty o przesunięciach granic czy opisy bitew. Prawdziwa historia pulsuje w kruchych wspomnieniach tych, którzy jako dzieci patrzyli na świat zza zaciemnionych okien i spod kuchennych stołów, chroniąc się przed odłamkami artyleryjskich pocisków.

Dla Marii Ostrowskiej, córki żywieckich inteligentów, wojna nie zaczęła się od politycznych analiz, lecz od utraty “epoki szczęścia” – eleganckiej willi na Śląsku i poczucia bezpieczeństwa, które zastąpił lęk o ojca-tułacza oraz niepewność jutra w okupowanym Żywcu. W jej relacji miasto to nie mapa operacyjna, lecz widok z okna na wieżę fary, bicie dzwonów, smak pierwszych powojennych lodów i wymarzone kapce, które dostała „od Aniołka” w wigilijny wieczór 1943 roku.

To opowieść o życiu, które toczyło się mimo wszystko – o nauce czytania w sporyskiej szkole, o psiej wierności przerwanej strzałem SS-mana i o heroizmie codzienności, w której rodzina była jedynym pewnym schronieniem. Zapraszamy do lektury niezwykle osobistego zapisu okupacyjnego dzieciństwa, w którym wielka historia przegląda się w oczach pięcioletniej dziewczynki.

Okupacyjne dzieciństwo w Żywcu

Urodziłam się 15 października, Żywcu. Niby nic nadzwyczajnego, ale to wiele znaczy, w jakiś sposób wyznacza mój los. Nie chcę w moim wspomnieniu przytaczać i analizować wydarzeń historycznych. Te można znaleźć w książkach, dokumentach, filmach… Pragnę opowiedzieć o tym, co zapamiętałam lub zostało mi przekazane przez rodzinę. W tym czasie kontakty pozarodzinne były ograniczone, w zasadzie do najbliższych sąsiadów. W tych najwcześniejszych latach dzieciństwa tylko raz wędrowałam pociągiem, do Bielska. Mama jechała z moim o trzy lata starszym Bratem do lekarza, mnie nie miała z kim zostawić, stąd ta zapamiętana podróż.

Pochodzę z żywieckiej rodziny z bardzo długim rodowodem. Mam dokładnie opracowane drzewo genealogiczne. Znam na pamięć wszystkie powiązanie, więc nie muszę do niego zaglądać, kiedy to piszę. Ojciec, Franciszek Ksawery Białek, absolwent zasłużonego żywieckiego Gimnazjum Realnego oraz Akademii Górniczo -Hutniczej, Mama, Anna z Ostrowskich Białkowa, absolwentka żywieckiego Seminarium Nauczycielskiego. Ślub wzięli w żywieckiej Farze. Zamieszkali na Górnym Śląsku, w  Chropaczowie, w 1936 roku urodził się mój brat. Ojciec pracował na Kopalni „Śląsk”. Była elegancka willa, dobre zarobki, niania do dziecka – w sumie „epoka szczęścia”, przywoływana potem w rodzinnej legendzie. Wszystko to trwało cztery lata. 1września 1939 roku wybuchła wojna. Moja rodzina straciła wszystko. Ojciec nie chciał pracować dla okupanta, nie podpisał folkslisty. Ponadto, co ważne, był bratem ciotecznym generała Karola Masnego, prawej ręki Marszałka Piłsudskiego w sprawach finansów. Musiał uciekać. Przez niemal całą wojnę pracował jako robotnik, mierniczy przy drogach, gdzieś pod Sandomierzem, znajdującym się w granicach Generalnej Guberni. Był dla mnie mitem, wspominanym rzadko i właściwie niechętnie, z uwagi na bezpieczeństwo całej rodziny. Mama z trzyletnim Stasiem, w siódmym miesiącu ciąży, ze mną. Jakoś dotarła do Żywca, bez niczego. Przygarnęli nas krewni, Zofia i Leopold Fabrowiczowie, siostra i szwagier Mamy. Im zawdzięczamy wszystko. Zapewnili nam w swoim domu, przy ulicy Pod Górą mieszkanie i w ogóle wszelkie warunki do egzystencji, przez całą wojnę. Pozostała część rodziny również niosła nam pomoc. U moich kochanych Wujostwa się urodziłam. Było to wspaniałe małżeństwo. Byli bezdzietni. Stworzyli z nami kochającą się rodzinę. Nigdy nie wymawiali, że uratowali z absolutnego kryzysu wojennej bezdomności.

W październiku, kiedy przyszłam na świat, Żywiec znalazł się w III Rzeszy. Opowiadano mi potem, jaki to był trudny czas, strachu i niepewności jutra. Ochrzczono mnie w pobliskiej Farze, której wieżę oglądałam z dziecięcego, z trudem zdobytego łóżeczka, z okna pokoju na podwórko. Podobno pierwszy widok z okna jest ważny w życiu każdego człowieka. Ja go zapamiętałam, razem z biciem dzwonów. Mam go w sercu i uszach. Miałam zaledwie miesiąc, kiedy Mama, ze mną przy piersi, pojechała pociągiem na Śląsk. Miała nadzieję, że uda Jej się odzyskać przynajmniej przygotowana wyprawkę i trochę odzieży na zbliżającą się przecież zimę. Mieszkanie w Chropaczowie było zaplombowane. Podobno na stacji kolejowej nawet Niemki się nade mną litowały. Mama opowiadała mi o tym rzadko i ze spokojem. Zawsze było na końcu – „Inni mieli gorzej”. Nigdy nie analizowałam sytuacji, w jakiej znalazłam się po dojściu do jakiejś świadomości istnienia. Często słyszałam słowa – „przedwojenne czasy”, ale ja ich nie znałam, były gdzieś w krainie mitu, legendy. Nie dziwiły zaciemniane wieczorem okna, hitlerowskie mundury, godzina policyjna…Napisy, w języku niemieckim i polskim, zabraniające Polakom wejścia do Parku, na boisko sportowe, do większości sklepów. I wiele innych spraw, wskazujących na okupacyjny los z pewnością większości mieszkańców Żywca, którzy nie podpisali folkslisty. Nie pamiętam tego, ale opowiadano mi taką oto historię, gdy byłam jeszcze w wózeczku dziecinnym. Gdy Mama szła ze mną na zakupy, zostawiała wózek przed sklepem pod opieką Minki, naszej ukochanej suni. Pewnego razu przechodził obok jakiś SSman. Sunia spojrzała i warknęła. Wyjął pistolet i zastrzelił Minkę. Mógł zastrzelić również mnie, bez konsekwencji. Takie to były czasy.   W mojej pamięci zapisały się  szczególnie cztery okupacyjne wydarzenia. Pierwsze to, przypominany tak przez mgłę,  Wielki Czwartek 1942 roku.  Wtedy to, o poranku, usłyszeliśmy wrzask na ulicy, łomotanie do bramy, wyrzucanie z domów wszystkich mieszkańców, od starców do małych dzieci. Miałam wtedy dwa i pół roku i niewiele pamiętam.  Sytuacja była tragiczna. Na pobliskiej Targowicy egzekucja 19 młodych zakładników, przez powieszenie. Na szczęście schowała mnie ukochana Babcia Salusia, wepchnęła pod stół kuchenny z firaneczką i nakazała cicho siedzieć.  

Drugie wydarzenie miała charakter nieoczekiwany i radosny. Boże Narodzenie 1943 roku. Moi Dziadkowie ze strony Mamy, Antoni i Salomea Ostrowscy z ulicy Jagiellońskiej, obchodzili Złote Gody. Była niemal cała Rodzina, kogoś jednak brakowało. Wtedy pojawił się jakiś niespodziewany gość. Wysoki mężczyzna wziął mnie na ręce, ze słowami „witaj, Córeczko”. Mój nieznany Ojciec. Udało mu się przedostać z Generalnej Guberni do Żywca. Mam cenne fotografie z tego ważnego dnia. Nie wolno było posiadać aparatu fotograficznego. Ale mieliśmy dobrych, zaufanych znajomych, fotografów z zawodu. Mieli zakonspirowany sprzęt, zrobili nam kilka zdjęć. Są w rodzinnym albumie. Jest śnieżny dzień, ogród Dziadka Antoniego przy ulicy Jagiellońskiej. Mam na sobie typowo zimowy płaszczyk, futrzaną czapeczkę, a na nogach wymarzone kapce, dostałam je w prezencie „od Aniołka”.   Pamiętam, że były dla mnie ogromnie ważne, chciałam nawet w nich spać, by nie zniknęły…

Między wydarzeniem drugim i trzecim upłynęło trochę czasu. Co w nim było? Staś wyruszył do szkoły. Do Sporysza, bo tylko tam była szkoła z językiem polskim. I z cudowną nauczycielką, Panią Anną Pietraszkówną, koleżanką mojej Mamy. Jaka była podstawa programowa w takich szkołach, wszyscy wiedzą. Czytać, pisać, rachować… Staś wędrował do tej szkoły długą ulicą Komorowskich, ciągnąc mnie za rękę, z nieodłączną lalką. Miałam wtedy cztery lata, nie mógł nikt zostać ze mną w domu. Zresztą Stasia nie chciałam opuścić ani na chwilę, z nim i z jego kolegami biegałam po ulicy, to była jedyna rozrywka. Wszyscy się dziwili, że jestem taka mała, nie wyglądam na dziecko szkolne. Bo przecież nie byłam. W szkole byłam…bardzo aktywna, powiedzmy. Z pewnością przeszkadzałam, ale Pani Ania była wyrozumiała. Bardzo chciałam się uczyć, to znaczy wiedzieć, co gdzie jest napisane. W pewnym sensie mi się to udało. Naszą szkolną edukację przerwały wydarzenia z lutego , marca i początku kwietnia 1945 roku. Na początku lutego rozpoczęła się walka o Żywiec, między Armią Czerwoną a niemiecką armią. Mieszkaliśmy w zasięgu ostrzału artyleryjskiego czerwonoarmistów. Waliły się domy, ginęli ludzie w rejonie tej naszej ulicy Pod Górę. Pewnego razu, po obiedzie, Babcia czytała mi  coś z ze znalezionego na strychu „Płomyczka”, oczywiście przedwojennego. Zupełnie niespodziewanie wpadł przez okno odłamek. Babcia osłoniła mnie swoją długą spódnicą i wpakowała pod stół kuchenny, ten ze wspominaną już firaneczką. Uratowała życie, mnie i sobie. Wbiegliśmy wszyscy do piwnicy. Pamiętam, jak wypadały znad bramy kolorowe szkiełka. W węglowej piwnicy przesiedzieliśmy niemal dwa miesiące. Była dosyć mocna, więc dołączyły do nas córki najbliższych sąsiadów, państwa Doboszów.  Do kuchni wychodzi dorośli, wyłącznie nocą, palenie pod kuchnią było surowo zabronione. Pozostawała kuchenka spirytusowa, na której gotowało się zupę, ze wszystkiego, co się znalazło. Nie było prądu, jedynie lampy naftowe. Spanie na piwnicznym betonie. Jedynie dla swej starszej siostry, Heleny Ostrowskiej, i dla mnie, pięciolatki, Wujek przygotował jakąś deskę, spałyśmy na niej. Młode sąsiadki, Marysia i Gienia Doboszówny starały się mnie jakoś zabawić, uczyły wierszyków ii piosenek. W sumie była to jednak wegetacja.

Pod koniec marca przyszło pismo, jeszcze od władz niemieckich. Obowiązkowa ewakuacja wszystkich mieszkańców Pod Górą i okolicznych ulic. Za Sołę, do Zabłocia. Wyszliśmy z piwnicy, spakowali skromny dobytek. Ciocia i Wujek zarzucili plecaki. „W życiu” – powiedziała Ciocia i zdjęła plecak, Wujek zrobił to samo. Niemcy już brali nogi za pas, więc uszło im to na sucho. Późnym wieczorem wyruszyliśmy z Mamą we trójkę do Zabłocia. Zakwaterowano nas w suterenie, gdzieś między stacją kolejową a kościołem.  To były ostatnie dni wojny. Zbliżały się Święta Wielkanocne. Pewnej nocy usłyszeliśmy niesamowity huk. Paliła się stacja kolejowe, wyleciały w powietrze dwa mosty, żelazny i ten łączący Żywiec Śródmieście z Zabłociem. Pamiętam przemarsz żołnierzy Armii Czerwonej. Wojsko zbudowało most pontonowy na Sole. Przyszedł Wujek Leopold Fabrowicz i zabrał nas do domu. Niósł mnie po tym pontonie „na barana”. Było potem uroczyste spotkanie mieszkańców na żywieckim Rynku, niestety, nie pamiętam dokładnej daty. Przyszły tłumy. Były przemówienia. Śpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła”. I nie było już na Magistracie tej wstrętnej wrony, symbolu faszyzmu. Nareszcie!

Po uroczystości poszliśmy na lody, pyszne, śmietankowe. Wszyscy mówili z radością – „Wojna się skończyła”. A ja myślałam – „Co to znaczy”. Miałam przecież wtedy tylko pięć i pół roku…

Maria Ostrowska

Przeczytaj także

Ostre słowa „Sokoła” na sesji w Czernichowie. Wójt wyjaśnia: „To narracja tylko jednej strony”

Emocjonalne wystąpienie przedstawicieli Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” doczekało się zdecydowanej odpowiedzi władz gminy. Wójt Łukasz Harat przedstawił dokumenty i chronologię…
Czytaj więcej

„Czytanie idzie w las!” – V Święto Leśnej Edukacji już 15 maja w Żywcu

15 maja 2026 roku, Żywiec zamieni się w stolicę literatury i natury. Nadchodząca, piąta edycja Święta Leśnej Edukacji udowodni, że…
Czytaj więcej

Motoryzacyjne serce Europy zabije w Żywcu! Wielki pokaz „Car Display” już w czerwcu

Mieszkańcy Żywca oraz fani czterech kółek z całej Polski mogą już odliczać dni do jednego z najbardziej ekscytujących wydarzeń motoryzacyjnych…
Czytaj więcej

„Nigdy nie zaginie górolskie godanie” – XIV Dyktando Gwarowe im. Renaty Madejczyk rozstrzygnięte

10 maja 2026 roku, Ośrodek Promocji Gminy Węgierska Górka stał się sercem beskidzkiej tradycji. Podczas uroczystej gali podsumowano XIV edycję…
Czytaj więcej

Muzyczna uczta w sercu Żywca-Zabłocia. Przed nami XIV edycja Floriańskich Wieczorów Muzycznych

Wiosna i lato w Żywcu upłyną pod znakiem najszlachetniejszych dźwięków. Już niebawem rozpocznie się XIV edycja Floriańskich Wieczorów Muzycznych –…
Czytaj więcej

Z dachu prosto do finału! Robert Wiewióra podbija „Must Be the Music”

Góralska charyzma, nietuzinkowy zawód i głos, który poruszył tysiące słuchaczy – Robert Wiewióra, 33-letni muzyk z Pewli Ślemieńskiej, oficjalnie dołączył…
Czytaj więcej