"Pod Trupkiem" - historia najstarszego szynku w Żywcu

"Pod Trupkiem" - historia najstarszego szynku w Żywcu

Bar pod „Trupkiem”, to miejsce kultowe! Niewielu mieszkańców Żywiecczyzny zdaje sobie sprawę, że jest to jeden z najstarszych lokali w Żywcu, a swoimi korzeniami sięga XIX wieku. Mury budynku kryją też wiele niesamowitych opowieści, związanych z historią naszego miasta.

Zdjęcie w ikonie przedstawia "Restaurację Pod Górą" i obecną ul. Andrzeja Komonieckiego w okresie międzywojennym. Zbiory Muzeum Miejskiego w Żywcu.

Powstanie

Bar „Pod Górą”, bo tak pierwotnie nazywała się karczma, powstał w roku 1893. Założycielką była Stanisława Iwankowa z domu Tomalska. Kobieta otrzymała budynek od swoich rodziców, jako wiano, gdy w roku 1889 wychodziła za mąż za mistrza piekarskiego – Ludwika Kleczyńskiego. Pierwotnie obok budynku karczmy mieściła się również piekarnia. Pierwszy mąż Tomalki zmarł po zaledwie ośmioletnim pożyciu małżeńskim, pozostawiając kobietę z dwiema córkami – sześcioletnią Helą i czteroletnią Manią. Piekarskiego fachu nie miał kto przejąć, zatem kosztem piekarni powiększono karczmę. Serce młodej wdowy po dwóch latach od śmierci pierwszego małżonka zdobył Ignacy Iwanek z Koczurowa. Mężczyzna był zdolnym krawcem, który fachu uczył się w Żywcu, Wiedniu oraz Czechach. Początkowo Iwanek próbował pomagać żonie w prowadzeniu szynku, jednak zamiłowanie do kosztowania trunków spowodowało, że zaradna kobieta przejęła zarządzanie interesem, zaś mężowi w ręku pozostawiła jedynie krawiecki fach.
Zabytkowy budynek stoi do dziś przy ulicy pierwszego żywieckiego burmistrza – Andrzeja Komonieckiego. Do dziś też mieści się tutaj „Bar Targowy”, popularnie zwany „Pod Trupkiem”.

Lata świetności

Nad drzwiami wejściowymi do karczmy „Pod Górą” wisiał dzwonek, oznajmiający przybycie gościa. W dni targowe - środy i w poniedziałki, czyli w czasie trwania jarmarków, dzwonek ten zdejmowano. Powód był prosty – w szynku było tylu gości, że jeden potykał się przez drugiego i do baru z trudem można było się dostać. Gospodyni, nazywana przez stałych klientów Stasią lub od panieńskiego nazwiska Tomalką, każdego gościa witała uprzejmie i z uśmiechem na twarzy. Przy szynkwasie najczęściej słyszało się taki dialog:

- Pochwalony, Tomalko, nalejcie to ta śtyry piwa ale prędziutko!
- Na wieki wieków, witajcie, zdrowiście ta, a gdzież ta Wasza, zaraz Wam naleję!

Po spożyciu porcji żywieckiego napoju, goście wychodząc z karczmy wołali w stronę szynkwasu:

- Z Bogiem, karcmarko, bydźcie zdrowi!
- Z Panem Bogiem, niech i Wam Bóg da zdrowie!

W tygodniu gości było niewielu. Byli to głównie rzemieślnicy, przychodzący do miasta by kupić niezbędne materiały, a w drodze powrotnej wstępowali w progi szynku by przepłukać gardło piwem lub czymś mocniejszym. W soboty najczęstszymi gośćmi byli Żywczanie pracujący w hutach i kopalniach Górnego Śląska, którzy po tygodniu pracy przyjeżdżali do domu. Spory ruch panował także w niedziele, gdy karczmę zapełniali mieszkańcy wsi należących do parafii żywieckiej, wracający po mszy świętej do domów. Pito głównie piwo, gorzałkę, a zimą herbatę z arakiem.

Na starym żywieckim targu

Plac targowy w dawnym Żywcu znajdował się zaraz za karczmą „Pod Górą” i rozciągał się po obu stronach drogi prowadzącej na cmentarz (obecnie po w tym miejscu po lewej stronie znajduje się stacja paliw i supermarket, zaś po prawej osiedlowy plac zabaw). Po prawej stronie parkowano furmanki, którymi przybywali mieszkańcy okolicznych wsi w celu zakupu lub sprzedaży towarów. Właściwa część znajdowała się po lewej stronie. Była podzielona na kilka sektorów, oddzielonych drewnianymi płotami. Osobno stały krowy, cielęta, kozy, na uboczu konie. W dalszej części stały furmanki pełne gontów, ziemniaków, siana i słomy, zaś jesienią głów kapusty. Panował gwar – sprzedający zachwalali swe towary, kupujący targowali się o cenę, zaś tłem tych rozmów były głosy zwierząt.
Na skraju targowicy znajdowała się cembrowana studnia. Woda służyła mieszkańcom okolicznych domów, była wodopojem dla uczestników targowisk, a w ciepłe niedziele wieśniacy przybywający z okolicznych wsi do kościoła przemywali w niej nogi przed założeniem obuwia.

Co widziały i słyszały stare mury?

Każda transakcja handlowa musiała być oblana, by nabytek dobrze służył nabywcy – tak mówił staropolski zwyczaj i tego się trzymano, zwłaszcza, że karczma była blisko placu targowego. Z tej okazji obie strony stawiały „litkup”, a im większy nabytek, tym „litkup” bardziej sowity. W dzień targowy w karczmie targowej nie dało się usiąść, wszystkie ławy i stoły były zajęte a piwo najczęściej wypijało się na stojąco i pospiesznie wracało na targ.
W tygodniu w karczmie gościli różni rzemieślnicy, urzędnicy miejscy oraz grabarz, który wstępował tutaj na „Tatę z Mamą” (wódka z sokiem), w drodze do pracy na pobliski cmentarz. Historie związane z tymi barwnymi postaciami zasługują właściwie na książkę.
Koło szynku „Pod Górą” przechodziły również orszaki weselne, które po odbyciu ceremonii w kościele wracały na wieś. Weselnicy zachodzili więc do znajomej karczmarki, by potańczyć przez kilka godzin. Tańcząc często śpiewano „Hej tańcujcie ludzie w Iwankowej budzie. Hej jak się buda zwali, to pójdziemy dalej”. Przed karczmą również witano dziedzica z Moszczanicy, który wraz ze świeżo poślubioną małżonką wracał z zaślubin ze Lwowa, przy drzwiach szynku chlebem i solą powitał ich orszak górali.
Przed I wojną światową w karczmie „Pod Górą” urzędowała także komisja złożona z CK urzędników, zajmująca się formalnościami związanymi z zakupem koni do armii austriackiej, a po wojnie urzędowała podobna komisja, jednak w jej składzie zasiedli już polscy funkcjonariusze.
Raz w roku w progi szynku zachodzili również pielgrzymi zwani „patryckami”. Pielgrzymowali oni z Orawy do Kalwarii. Na czas ich wizyty na karczemnej podłodze rozkładano słomę, na której pątnicy następnie się kładli. Wizyty tych gości przynosiły Iwankowej i pozostałym gościom mnóstwo wiadomości z wielkiego świata, w którym prości chłopi z Żywiecczyzny – z racji wielu obowiązków i pracy w gospodarstwie – raczej nie bywali.
„Pod Górą” było dla mieszkańców Żywiecczyzny również miejscem, w którym wielu z nich dowiedziało się o wybuchu I wojny światowej. Informację tę sierpniowego popołudnia 1914 roku przyniósł szewc Krzywanek. Informacja ta była początkiem bezruchu i trudnych lat, które nastąpiły zarówno w regionie, jak i w samym szynku. Zamarły targi, gdyż mężczyźni z żywieckich wsi wyruszyli na front Wielkiej Wojny. Większość z nich w karczmie tej wypijała ostatnie piwo przed dalszą drogą na wojnę, żegnając się, nie raz na zawsze, z karczmarką Stasią i wsiadając na wozy jechali w kierunku dworca kolejowego w Zabłociu.
Wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w roku 1918 dwujęzyczny szyld na „Pod Górą” zamieniono na polski napis „Restauracja Pod Górą”. Powróciły też targi i ruch w lokalu. Trwał on przez dwadzieścia jeden lat, gdy we wrześniowy dzień roku 1939 przed drzwi „Pod Górą” zajechał motocykl z niemieckim żołnierzem, który poszukiwał studni, która miała znajdować się w pobliżu karczmy. Ta jednak została zasypana dwa lata wcześniej. W roku 1940 szynk zawiesił swą działalność – prawo do prowadzenia interesu gastronomicznego mieli tylko Niemcy. Przedsiębiorcza karczmarka wykorzystując jednak znajomości z wiejskimi gospodyniami handlowała jajami, serami, masłem i mięsem z czarnego uboju, sprzedając towary zaufanym mieszczanom żywieckim. Skromny zarobek z tego handlu pozwolił rodzinie Iwanków na przetrwanie okupacji.
W kwietniu 1945 roku IV Front Ukraiński pod dowództwem kapitana Krawczenki wyzwolił Żywiec. Krótko po tym „Restauracja Pod Górą” otworzyła swoje podwoje jako pierwszy lokal w Żywcu. Życie wracało do normy, targi i jarmarki zostały wznowione i w krótkim czasie osiągnęły dawny rozmach.
Niestety nic już nie było takie jak przed okupacją. Karczmarka Stasia podczas oblężenia Żywca straciła córkę i dwóch synów, jej brat zginął w obozie koncentracyjnym, zaś mąż Ignacy przeżył od zakończenia wojny pół roku. Kobieta z trudem odnajdowała się w nowej i innej już rzeczywistości. Ubywało jej sił i chęci do życia, więc w wieku lat osiemdziesięciu przekazała prowadzenie restauracji synowi Piotrowi, doglądając jednak interesu do ostatnich swoich dni. Zmarła w styczniu 1954 roku w wieku osiemdziesięciu trzech lat.

Oprac.: RM
Tekst powstał w oparciu o wspomnienia Henryka Iwanka. Szczególne podziękowania za pomoc w opracowaniu publikacji składamy Pani Alicji Kumorek z Muzeum Miejskiego w Żywcu.


Drukuj   E-mail