Cisieckie „Dziady”. Ze wspomnień Jana Talika

Jan Talik – Jasiek z Ciśca gmina Węgierka Górka zmarł w 2011 roku w wieku 85 lat. Muzykant rzeźbiarz i gawędziarz ludowy. Od urodzenia mieszkał w Ciścu. Prowadził jak większość
tut. mieszkańców małe gospodarstwo rolne. Przez wiele lat pracował w spółdzielczości „Samopomoc Chłopska”. Uzdolniony muzycznie, grywał po weselach, akademiach i innych uroczystościach lokalnych. W latach 70. obok własnego domu wybudował i wyposażył własnym sumptem Prywatne Muzeum „Ocalenie”, które można było zwiedzać przez cały rok, a Jasiek
był jego budowniczym, organizatorem, kustoszem i przewodnikiem.

 Opowiadał o sobie: „Było nas dwanaścioro. Ojciec zmarł wtedy, gdy ja się narodziłem tzn. w 1926 roku. Prowadzenie 12 morgowego gospodarstwa na groniach przypadło matce, która wychowała nas w duchu miłości i szacunku do ludzi, chleba i pracy. W 1939 roku ukończyłem 6 klas szkoły powszechnej. Uczyłem się dobrze. Potem już jako samouk nauczyłem się jeszcze wielu rzeczy.

Umiem grać na heligonce, na trąbce, na bębnie, na kontrabasie i harmonijce ustnej, a jak potrzeba to zaśpiewam piosenki takie, jakie śpiewało się w mojej młodości. Okupację spędziłem u bauera w Sopotni Małej. Życie nas nie rozpieszczało. Należę do tego pokolenia, które wie co to jest przednówek, jak transportuje się obornik w koszyku na plecach, jakie korzonki wyorane na
wiosnę nadają się do jedzenia. W 12 roku życia powoziłem już parą koni”. Napisał też, ale nie opublikował wspomnienia z tamtych lat, których
fragment tyczący się dziadow noworocznych zacytuję.
„Bardzo ważne a może najważniejsze w roku, przynajmniej mnie się tak wydaje to były „dziady” noworoczne. Na wstępie należałoby wyjaśnić,
skąd ta nazwa dziady i jakie one miały znaczenie. Jak troszkę sięgam do legendy to one miały za zadanie wystraszyć i wygonić wszelkie zło ze
wsi. A ponieważ gonią zawsze w Stary Rok to należało jakoby wyczyścić, wystraszyć i wygonić to wszelkiego rodzaju zło, żeby ten Nowy Rok
rozpoczął się już bez wszelkiego zła.
Dzisiejsi przebierańcy obrażają się na przezywanie ich dziadami, no można by im troszkę racji przyznać, bo przecież dzisiejsze dziady starają się jak najładniej ubrać, ciekawie, żeby się społeczeństwu z jak najlepszej strony pokazać i przypodobać. Tamte dziady miały przynosić i postrach i radość i życie. W tamtych czasach ludzie chodzili skromnie a nawet ubogo ubrani. Dziady ubierały się zawsze, chociaż skromnie, ale i ciekawie i interesująco. Tak, żeby w tym całym zespole było sporo i postrachu i wesołości. W dzisiejszych czasach, w tych „Ciucholandach” można sobie kupić różności i niedrogo. Dziś społeczeństwo już nie jest ubogie, jest biedne, ale nie aż tak ubogie. Doskonale pamiętam, maski sobie robiono z tektury, wykroiło się oczy, usta, przyszyło się nos, „pomalowało” się czasem tylko sadzami z komina w zależności, komu się maskę robiło. Wiele postaci goniło bez masek, tylko ciekawie „pomalowany”, pomazany, by można powiedzieć. Dzisiaj maski robi się już rzeźbione z drewna, są trwałe z roku na rok. Dziś uważają się nie za dziadów, ale za kolędników. Trudno też nie przyznać racji.
No, ale legenda i tradycja ma swoje niezaprzeczalne znaczenie historyczne. Do przynoszenia szczęścia, wesołości i radości. Zawsze może i teraz, ale ja to dzisiaj widzę już całkiem inaczej. Szedł na samym przedzie ksiądz z kropidłem i święconą wodą. Za księdzem szła muzyka, za muzyką zawsze starano się pięknie ubrać konie z dużą ilością umocowanych do ram dzwonków. I zawsze bardzo ładnie ubrany w różne blaszane świecidełka cygan. I do każdego konia pachołek z batem, ale to już znacznie słabiej ubrani. Kiedy się weszło do gospodarstwa, już po drodze z muzyką i drobnym podskokiem czy zawirowaniami w koło, ksiądz kropił całe obejście. Niedźwiedź chodził po podwórku i ryczał głośno, żeby wystraszyć wszystko, co złe. Na niedźwiedzia zwykle wybierano dużego wysokiego człowieka, z grubym pełnym głosem. Diabeł ze śmiercią zaglądali poza okna. W końcu machnęli kosą czy widłami, czasami też tak bywało, że jak ktoś przez okno zaglądał na dziadów to i pupę wypięli, że jakoby przez cały rok nic w tym domu dla nich nie będzie. Kiedy gospodarz - chociaż nie zawsze gospodarz wyszedł z kolędą - wtedy ksiądz złożył powinszowania. Do cygana wtedy wpadła energia, chociaż tu powiem, że w zależności, u kogo byli. Cygan był, a może nadal jest najważniejszą osobą przy dziadach (w zespole). Cygan nadawał cały rytm, cały ton, miał na sobie również sporo scyrkawek. On musiał mieć maksymalnie i do końca tą energię. Panować nad całością, nad porządkiem w zespole. Jeżeli cygan był niedbały pilnował tylko tej swojej czołówki, to sama energia i żywotność nie wystarczyła, bo inni nie byli w dyscyplinie i mogli całe piękno zepsuć. Kiedy ksiądz winszował gospodarzowi, a domownicy patrzyli przez okno, wtedy konie razem z cyganem podskakiwali jak tylko mogli podskoczyć i tańczyli różne figury, a te dzwonki, żeby jak najgłośniej dzwoniły, żeby tej radości i energii w tym gospodarstwie zostawić jak najwięcej. Jeżeli podwórzec był duży pachołki strzelały na batach gdzieś z boku albo też podskakiwały razem z końmi i cyganem. Każdy koń miał swojego pachołka albo na odwrót, każdy pachołek miał swojego konia, którego trzeba było bardzo pilnować by mu nie uciekł, jeżeli pachołek się zagapił, a koń mu chciał zrobić figla wtedy mu uciekł i musiał za nim gonić by go przygnać do cygana. I od cygana swoje dostał. Jeżeli podwórzec był przestronny to niedźwiedź pod koniec popisów kładł się na środku podwórca a konie tańczące w rozbiegu przeskakiwały przez niedźwiedzia, to raz w jedną to znowu w druga stronę, razem z cyganem.
Jeżeli cygan wyczuł, że gospodarz może mieć, albo już przyniósł gorzałkę. Niektórzy to mieli w zwyczaju, co roku. Na sam koniec konie się poprzewracały, grzebały nogami i zdychały. Wtedy cygan po prostu szalał, prosił gospodarza o ratunek. Oczywiście w postaci gorzałki. Kiedy się konie leżąc podleczyły, a cygan więcej nie dał, wtedy zryw i w nogi i bywaj zdrów mój drogi. W tamtych czasach w dość częstym zwyczaju bywało, że pewną grupę „dziadów” wpuszczano do chałupy. Oni mieli zło wystraszyć, a szczęście do chałupy przynieść. Do chałupy zwykle wpuszczano znajomych i z dobrą opinią. W zasadzie wpuszczano ten najważniejszy człon: ksiądz, muzyka, konie, cygan, pachołki a czasami i niedźwiedź. Tam ksiądz z pachołkami zaśpiewali kolędę, muzyka lekko zagrała, konie lekko poszczyrkały. Jak izba była na tyle wysoka, żeby konie mogły podskoczyć wtedy w takt muzyki tańczyli i podskakiwali a muzyka musiała grać i różnie i radośnie. Przed gospodarzem i gospodynią podskakiwać, dobrze poszczyrkać czasami razem z dzwonkami troszkę sturknąć, żeby i oni troszkę życia w sobie wykazali. Zaś niedźwiedź troszkę poryczał po chałupie, następnie każdego uściskał, uściskał, wypuczył, podnosił do góry a najwięcej dziewki czy młode gospodynie. Tu znowu muszę zaznaczyć, że kiedy do chałupy zaprosili to w chałupie zostali tylko ci, którzy się „dziadów” nie bali. Gdzie była albo były dziewki w chałupie to też nie brakowało śmiechu i radości niedźwiedź wypuczył , uściskał, wygłaskał gdzie się dało i po czym się dało. Potańczył z dziewkami Jan Talik z żoną Zofią
przed muzyką, przewrócili się, wykulali się i było, co wspominać przez cały rok. Ale to musiała być dobra opinia i kulturalne zachowanie ze strony dziadów.
Ja tu przytoczę dość podły przypadek, to miało miejsce w mojej grupie. Podobno to było przekazane od wcześniejszych dziadów. Otóż macidula, bo o niej tu będzie mowa, kiedy na święta zabijało się świnie. Ja tu użyję troszkę brzydkich słów. Starej maciorze okrawało się dość obszernie rzyć (pochwę) razem z tym przewodem rodnym z tą flaką, żeby można było owinąć koło dłoni ten „interes” należało dać zawiesić w ciepłym miejscu, żeby się mógł dobrze przyśmierdzieć. Kiedy dziady goniły macidula tą niegodziwością zaśmierdzała kogo tam uważała, a najwięcej dziewki, wychlastała po twarzy. Skutek był przykry, trafił na poważną osobę, nie sposób tu o tym pisać. Incydent zrobił się dość głośny, wiedziała o tym milicja. W następnych latach organizatorzy „dziadów” musieli robić podanie o wydanie zezwolenia i podać osoby, które będą odpowiadały za ewentualne wynikłe przykre sprawy.
Najważniejszym dniem a nawet najtrudniejszym był Stary Rok, czyli Sylwester. Goniło się od rana do późnego wieczora. Dobierało się ludzi zdrowych, mocnych szczególnie do koni by wytrzymali fizycznie, od rana musiało być żywe tempo z małymi przerwami na posiłek i papierosa.
Najczęściej słabły konie, bo to i hełm na głowie, który musiał być często w ruchu, rama z dużą ilością dzwonków, które musiało być słychać i mocno i daleko, kiedy któryś słabł wtedy robiło się wymianę z innym mocnym „dziadem”. Czasami chodzili zapasowi. Tego kunsztu dziadowskiego, tej żywotności się od dziadów oczekiwało. Przylatywały dziady również z innych bliskich wsi jak Szare. Kamesznica czy Żabnica. Nie wiem i nigdy nie słyszałem, żeby kiedykolwiek, na Ciscu były dziady z Milówki. O ile wiem, żeby przyjść do innej wsi, należało przedtem uzgodnić czy miejscowi wyrażą na to zgodę. Jeżeli przyszli bez uzgodnienia dochodziło czasami do krwawej bójki między dziadami. W zwyczaju było zabierać obstawę, pomoc w razie potrzeby. Kiedy było uzgodnione miejscowe dziady, kiedy usłyszały, że są już blisko, bo przecież i trzaskanie z bata, dzwonki, muzyka, piski, gwizdy a też się chcieli z dobrej strony pokazać; miejscowi ustawili się gdzieś z boku w grupie i wiele razy było
bardzo ciekawe widowisko. Obie grupy dziadów chciały się pokazać, którzy są lepsi, czasami obie muzyki grały na jedna melodię, konie tańczyły naprzeciw siebie. Tańczyli ze sobą śmierć ze śmiercią albo z diabłem przybyszem, niedźwiedź z niedźwiedziem, różne widowisko i popisy można było zobaczyć. Dla danej wsi, przez którą dwoje dziadów przeszło było i zaszczytem i nadzieją, że więcej zła wygonili i więcej szczęścia zostawili.
Ja w swoim życiu występowałem tylko dwa razy jako „dziad”, jeden raz w Paczkowie na zachodzie w 1945 r. Tam było sporo ludności osiedlonych z naszych okolic. Ja tam akurat w tym czasie byłem i też się zaangażowałem, byłem dziekciorzem. Organizatorami byli dwaj bracia Zającowie, Staś i Stefan osiedlony w Starym Paczkowie, tam też goniliśmy jako „dziady”. Natomiast w Ciscu w 1946 r. awansowałem już na cygana. W 1947 r. byłem już żonaty, byłem już muzykantem, często grywałem przy „dziadach”. Ile razy, nie notowałem i nie zapamiętałem. Część moich opowiadań napisałem z mojego doświadczenia, część z pamięci, która została z opowiadań przez ludzi z tamtych czasów”.
Jasiek Talik był też po trochu stolarzem i rzeźbiarzem. Bywał autorem i wykonawcą drewnianych masek dla dziadów noworocznych, które wykonywał na zamówienie. Zapewne niektóre z nich są w użyciu do dzisiejszego dnia.
Ale, dla mniej wtajemniczonych obserwatorów żywieckich godów należy się pewne wyjaśnienie. Otóż tradycyjnie „dziady”, a w Zabłociu „jukace” kolędowali w noc sylwestrową i w Nowy Rok. Było to chodzenie po wsi od domu do domu, więcej od podwórza do podwórza jak to wyżej opisał Jan Talik. Tymczasem na okoliczność jubileuszu 700–lecia miasta Żywca postanowili włączyć Zabłockich jukacy do programu obchodów.
Tadeusz Trębacz wyjaśnia: „wraz ze Stanisławem Doboszem „putoszem” (rdzenny żywczanin) współodpowiedzialny za oprawę artystycznohistoryczną uroczystości 700-lecia m. Żywca, puściłem po raz pierwszy w dziejach miasta na żywiecki Rynek grupy „Dziadów Noworocznych”.
Wydarzyło się to 7 września 1968 r. Z czterech stron wtargnęły na Rynek grupy (zespoły) obrzędowe – Jukace z Żywca-Zabłocia oraz PRZEBIERAŃCE-DZIADY NOWOROCZNE z Cięciny, Kamesznicy i Żabnicy. Obserwującemu to regionalne dziwowisko, prezesowi Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej , Józefowi Miksiowi, stanowczo z „pełną dumą” oświadczyłem, że w następnym roku zorganizuję przegląd – festiwal – zespołów kolędniczych i obrzędowych Żywiecczyzny p.n. „Żywieckie Gody”. I tu nastąpiła odzywka natychmiastowa: „ja też o tym myślałem” rzekł
prezes Towarzystwa. Przystąpiono więc do realizacji podjętego zobowiązania. Pomagał mi w tym m.in. kierownik żywieckiego Muzeum Jan „Sobek” Studencki – wodząc mnie do niektórych rodzin tradycyjnie obchodzących góralskie (żywieckie) kolędowanie. Były to rodziny Hulków w Łękawicy, Matusznych w Lalikach, Piwowarczyków w Żabnicy czy Ficoniów w Wieprzu. Trzeba było dotrzeć do siedzib zespołów, dokonać zapisu mogących uczestniczyć w tym „dziwowisku”, a niektórych nawet przekonać w jakim wartościowym, religijnym i obrzędowym wydarzeniu może uczestniczyć”. W ten oto sposób narodziła się w żywieckim nowa impreza – festiwal przebierańców pod nazwą „Żywieckie Gody”. Odbywa się ona pod koniec stycznia każdego roku w Milówce i Żywcu, a uczestniczy w niej coraz to większa ilość :dziadowskich” zespołów kolędniczych, coraz paradniej ubranych, wyposażonych w tradycyjne akcesoria, ale też nowe, takie jakie niesie współczesna cywilizacja. Koordynuje
gody Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej. Miejskie Centrum Kultury w Żywcu i Gminny Ośrodek kultury w Milówce. W bieżącym roku stało się jeszcze coś nowego. Otóż jukace i dziady noworoczne żywieckie kolędowały na ulicach Bielska Białej i Katowic co było zapewne sensacją i wielkim dziwowiskiem dla mieszkańców tych miast.

Opracowanie i zdjęcia: Hieronim Woźniak


Drukuj   E-mail