Maria Krystyna Habsburg - wspomnienia

Maria Krystyna Habsburg - wspomnienia

Gdyby żyła, dziś obchodziłaby 97 lat - Maria Krystyna Habsburg.

Zapraszamy do lektury historii polskich Habsburgów spisanej za życia przez Marię Krystynę Habsburg. W tej niezwykłej opowieści znajdziecie wspomnienia Marii Krystyny z okresu dzieciństwa oraz wyjątkowe zdjęcia.

O polskich Habsburgach fragmenty opowieści rodzinnej

Mój dziadek, Karol Stefan Habsburg, urodzony w 1860 roku w Zidlochowicach koło Brna, był zawodowym oficerem austriackiej marynarki wojennej. Po ukończeniu Akademii Marynarki w Fiumie (dziś Rijeka) pełnił służbę do roku 1895, a w 1912 otrzymał rangę admirała. W 1886 roku ożenił się z Marią Teresą z linii toskańskiej Habsburgów, urodzoną w Stara Boleslav. Mieli sześcioro dzieci: Eleonorę, Renatę, Karola Olbrachta, Mechtyldę, Leona i Wilhelma. Z morzem się nie rozstawał nawet po przejściu w stan spoczynku. Miał liczne prywatne jachty, podróżował po Skandynawii, Rosji, Turcji, Grecji, Hiszpanii. Miss Nellie Rayn, angielska guwernantka dzieci, opisała jego podróże w swoich pamiętnikach wydanych w Londynie w 1915r.

Po stryju arcyksięciu Albrechcie odziedziczył dziadzio dobra żywieckie i przeniósł się z rodziną z Lussin nad Adriatykiem do Nowego Zamku W Żywcu. Wrósł w polskie środowisko, nauczył się języka polskiego, pokochał wszystko co było polskie. Miał też dwóch zięciów Polaków, ciocia Renata wyszła za mąż za księcia Hieronima Radziwiłła z Balic, a ciocia Mechtylada za księcia Olgierda Czartoryskiego z Baszkowa. Ciocia Eleonora czyli najstarsza córka, wyszła za mąż za oficera austriackiej marynarki wojennej, Alfonsa von Klossa.

W 1919 roku, po odzyskaniu przez Kraj niepodległości rząd polski skonfiskował dobra żywieckie, jako majątek członków zaborczego austriackiego domu panującego. Dziadzio związany z ziemią polską, starał się o odzyskanie utraconych posiadłości i otrzymanie polskiego obywatelstwa dla siebie i rodziny. Uzyskał je w 1920 roku ze względu na swoją postawę obywatelską. Wstawił się też za nim, król hiszpański Alfons XIII, siostrzeniec dziadzia. Interweniowała w sprawie majątku u prezydenta Rzeczpospolitej Stanisława Wojciechowskiego, proponując swe poparcie dla polskich spraw na forum międzynarodowym. Przymusowy zarząd dóbr żywieckich został zniesiony ostatecznie w sierpniu 1924 r.

W Nowym Zamku w Żywcu mieszkały trzy rodziny (każda w osobnym skrzydle), a to:

- dziadkowie – Karol Stefan i Maria Teresa

- rodzice – Karol Olbracht (pułkownik Wojska Polskiego) i Alicja, z domu Ankarcrona, wdowa po hr. Ludwiku Badenim z Buska (rodzice zawarli ślub w Żywcu w 1920 r.)

- dzieci:

Karol Stefan, urodzony w roku 1921 w Balicach,

Maria Krystyna, urodzona w roku 1923 w Żywcu

Olbracht Maksymilian (Olbruś), urodzony w roku 1926 w Żywcu (zmarł tamże w roku 1928),

Renata, urodzona w 1931 w Żywcu.

 

Arcyksiężna Żywiec

Syn z pierwszego małżeństwa naszej matki, Kazimierz Badeni, urodzony w Brukseli, był równouprawniony z rodzeństwem przyrodnim i bardzo kochany przez ojczyma.

- stryjostwo – Leon, młodszy brat Karola Olbrachta i Maria Klotylda z domu de Thuileres, hrabianka Montjoye i de la Roche (ślub odbył się w 1922 roku).

Przypominam sobie, że dziadzio był w późnym wieku sparaliżowany po ciężkiej grypie. Na mszę świętą znoszono go na krześle do kaplicy zamkowej. Rodzina czekała w westybulu, całowano dziadzia w rękę. Zmarł w kwietniu 1933 roku.

 

Babcia poświęcała mi dużo czasu. Uczyła mnie języka włoskiego, grałyśmy w domino i „młynki”, nauczyłam się kłaść pasjanse. Czasem wolno mi było towarzyszyć babci w jej pracowni malarskiej. Wkładała wówczas czerwony fartuch w białe groszki, ja zaś siedziałam na jej kolanach, z pędzlem w ręce. Trzymając małą rękę wnuczki prowadziła pędzel po płótnie, a ja uszczęśliwiona „malowałam” farbami olejnymi. Babcia lubiła malować kwiaty. Podpisywała je inicjałami MTH, przy czym środkowa litera była wyższa od pozostałych. Zmarła w maju 1933 roku.

Dziadkowie i „brat – aniołek”, Olbruś, zostali pochowani w grobowcu rodzinnym w kościele parafialnym w Żywcu, obecnie konkatedrze nowej diecezji bielsko – żywieckiej.

W roku 1933 moi rodzice objęli w posiadanie dobra żywieckie wraz ze Starym i Nowym Zamkiem. Stryj Leon wyprowadził się do Bestwiny koło Bielska.

Nasze skrzydło zamku było zawsze, od czasu mojego dzieciństwa czysto polskie. Nauka odbywała się – zgodnie z ówczesnym zwyczajem arystokracji – prywatnie, według programu żywieckiej szkoły powszechnej im. Stanisława Stasica oraz Gimnazjum i Liceum im. Mikołaja Kopernika. Pod koniec roku szkolnego zdawaliśmy egzaminy celem otrzymania świadectw państwowych.

 

Mieliśmy doskonałego pedagoga, pana Stanisława Bracha, który uczył wszystkich przedmiotów prócz religii i języków: angielskiego, francuskiego i (w gimnazjum) niemieckiego. Moim ulubionym przedmiotem gimnazjalnym była łacina. Prosiłam o nią „na deser”, po innych trudniejszych przedmiotach.

Angielskiego i francuskiego uczyły guwernantki, Angielka, Miss Dorothy Cook i Polka pani Zofia Starorypińska rodem z Podola, zajętego przez bolszewików po I wojnie światowej. Czasem przyjeżdżała z Krakowa Francuzka, Mademoiselle Sorrel. Bardzo godna starsza pani, która mimo wieloletniego pobytu w Polsce nie nauczyła się języka polskiego, uważając, że to przeszkadza w uczeniu dzieci i dorosłych francuskiego. Przyznaję jej trochę racji, bo dzięki temu prędzej opanowałam francuski, do którego nie żywiłam sympatii.

Do nauki niemieckiego, obowiązującego w gimnazjum, zaangażowano panią Marię Rajewską, Polkę. Uczono tylko tyle, ile potrzeba było do zdania egzaminów.

 

W skrzydle zamku, zajmowanym przez rodzinę stryja Leona było wręcz przeciwnie, codziennym językiem był niemiecki. Wprawdzie dzieci uczyły się języka polskiego, ale mówiły po polsku słabo.

Po kilkuletnich zmianach wnętrza Nowego Zamku według życzeń i planów naszej matki, powstała w Żywcu piękna rezydencja na wzór angielski. Miss Brenda Colvin była architektem, a Miss Kit Beckh jej asystentką w parku i ogrodach. W kuchni też nastąpiły zmiany: zamiast potraw austriacko – włoskich gotowano wyśmienite francuskie i polskie. Wielkanoc i Boże Narodzenie obchodzono po polsku: były tradycyjne „świecone”, była uroczysta wieczerza wigilijna.

To szczęście, czyli życie w Nowym Zamku w Żywcu, trwało niestety, krótko...

W lecie 1939 roku zakwaterowano u nas Korpus Ochrony Pogranicza (KOP). Atmosfera była niespokojna. Oficerowie twierdzili, że Niemcy niełatwo przedostaną się tu przez góry. Ojciec jednak powątpiewał.

- To są pagórki, nie góry. Walczyłem w Dolomitach, wiem, co mówię – powiedział do matki. Miał niestety rację. W kampanii wrześniowej Beskidy nie stanowiły dla wroga poważnej przeszkody.

Mego brata, Karola Stefana, po odbyciu przezeń ćwiczeń Przysposobienia Wojskowego w Oświęcimiu, wysłali rodzice na letnie wakacje do Szwecji. Wahali się, czy pozwolić mi pojechać do Baszkowa z ciocią Mechtyldą, ale w końcu ciocia przekonała braterstwo i zabrała mnie z Żywca. To były, początkowo, bajeczne wakacje w Baszkowie. Księżna Zdzisławowa Czartoryska, zwana Bunią, teściowa cioci, zamieszkała w Poznaniu udała się ze mną na audiencję prywatną do kardynała Augusta Hlonda, prymasa Polski. Wyglądał wspaniale w szkarłatnej sutannie. Uklękłam na jedno kolano, pocałowałam pierścień kardynalski, a Bunia złożyła ręce i powiedziała:

- Eminencjo, czy Wasza Eminencja … (wymowa Buni była miękka, kresowa) raczyłaby dać małej pamiątkę?

Kardynał wyjął z szuflady szafy relikwię świętego Jana Bosco i podarował mi ją. Niezapomniany moment.

 

Wojna wisiała w powietrzu, zabrano mnie więc z Poznania do Warszawy, gdzie przebywać miał już ojciec. Matka pozostała w Żywcu. Niebawem runęła na Polskę machina wojenna i szybko zbliżała się do stolicy. Miasto gorączkowo przygotowywało się do obrony. Pod bombami „sztukasów” kopano rowy, budowano jakieś barykady, meldunki radiowe były sprzeczne, rósł niepokój. Jedynym wyjściem było dla nas opuszczenie Warszawy i przedostanie się do bezpiecznej – jak się wydawało – wschodniej część Polski, dokąd już ewakuowały się ministerstwa i niektóre oddziały wojska . Ponieważ wojsko wycofało się na wschód, ojciec wyruszył ze mną, siostrą oraz panią Starorypińską i nianią Apolonią Sternalską ku wschodowi. Rychło jednak się okazało, że należy zmienić kierunek, bo ze wschodu nieoczekiwanie uderzyły na Polskę, na całej długości jej granic, oddziały Armii Czerwonej. W niezmiernie trudnych warunkach, przedzierając się przez linie frontowe, dotarliśmy do Żywca, zajętego przez Niemców w pierwszym dniu wojny.

 

Ale matki naszej w zamku już nie było… Udała się na wschód w poszukiwaniu rodziny…

9 listopada 1939 r. gestapo aresztowało mojego ojca. Osadzono go w Cieszynie, w pojedynczej celi, bez wyroku. Oznaczało, że w każdej chwili mógł być rozstrzelany lub wysłany do obozu koncentracyjnego. Szef gestapo, Hauptsturmführer Schweim, starał się złamać swego więźnia i nakłonić go do podpisania Volksliste – oświadczenia, że jest narodowości niemieckiej. Pod tym warunkiem odzyskałby wolność i uchronił swe posiadłości przed konfiskatą. Pułkownik Karol Olbracht nie złamał przysięgi oficerskiej, nie zdradził ojczyzny, choć zdawał sobie sprawę z konsekwencji tej odmowy – wobec niego, żony i córek.

Maria Klotylda wysłała z Bestwiny siostrę, Marie – Laurence zwaną Mają, do Żywca, bo ja i Renata byłyśmy nieletnie.

 

Nasza matka wróciła ze wschodu po niebezpiecznych przygodach. W jakiejś wiosce pod Lwowem złapało ją NKWD. Komisarz kazał pokazać ręce i na podstawie „egzaminu” stwierdził, że matka nie należy do klasy robotniczej. Postawił ją pod ścianą, zwołał mieszkańców wioski i oczekiwał zlinczowania „ciemiężycielki ludu”. Ale wybrany przez ludność „starszyna” szepnął matce do ucha:

- Niech się pani nie boi, my pani nie tkniemy. My sami się ich boimy.

Komisarz, rozczarowany postawą wieśniaków, zwolnił matkę.

W Żywcu włączyła się matka do konspiracji niepodległościowej. Zaprzysiężono ją w parku zamkowym. Otrzymała pseudonim „Alicja”, numer 3056 i stopień żołnierza.

W 1940 roku skonfiskowano dobra żywieckie na rzecz III Rzeszy. Gestapowcy aresztowali matkę, siostrę i mnie, pozostawiając czasowo w areszcie domowym. Pod drzwiami siedział gestapowiec w mundurze, z naładowanym pistoletem. Wewnątrz pilnowała nas funkcjonariuszka gestapo, Frau Schiller. Gestapowcy plądrowali pokoje zamkowe, zbezcześcili kaplicę, wygnali kapelana domowego, staruszka księdza kanonika Roznera. Kaplicę kazał później zburzyć Reichsarbeitsminister Ley. W części wewnętrznej, z pięknym sklepieniami, urządzono niemiecką Bierstube. Rzeczoznawca gestapowski z Wrocławia (wtedy Breslau) spisywał cały inwentarz ruchomy zamku, nawet najmniejsze łyżeczki. Na wszystkich przedmiotach malowano numery rejestracyjne. Farby nie udało się usunąć.

Szef gestapo, Hauptsturmführer Schweim, wielokrotnie starał się skłonić naszą matkę, rodowitą Szwedkę o wysokim wzroście, o jasnych włosach i niebieskich oczach – typową przedstawicielkę uwielbianej przez hitlerowców rasy nordyckiej – do zmiany narodowości i akceptacji hitlerowskiej ideologii. Odmowa doprowadzała go do wściekłości. Gdyby jeszcze wiedział, że ma przed sobą łączniczkę polskiego podziemia…

 

Trochę później w tymże roku 1940, wywieziono nas do Wisły, a następnie z Wisły deportowano zwolnionego z więzienia cieszyńskiego ojca, matkę i siostrę w roku 1942 do Straussbergu, leżącego w pobliżu obozu koncentracyjnego Buchenwald w Turyngii. Gestapo katowickie przekazało ich gestapo weimarskiemu. Zaufana osoba gestapo, Frau Brinkmann pilnowała tam rodzinę, jak oka w głowie.

Mnie wysłano z Wisły do Wiednia, mogłam jednak odwiedzić rodziców i siostrę w Turyngii.

Pomieszczenie w Straussbergu było paskudną, zimną ruderą na podwórzu. Woda lała się ze ścian, jedzenie, przypominające pożywienie zwierząt domowych, dostarczała Frau Brinkmann. Wody nie wolno było pobierać ze studni gdy Niemcy byli na podwórzu, by nie doszło do spotkań Herrenvolku z Polacken – Untermenschen, a do takich zaliczali się Habsburgowie żywieccy.

Mimo wszystko, nie był to obóz koncentracyjny, obóz śmierci. Na duchu podtrzymywała rodziców pamięć dobrych ludzi z Żywca, którzy przysyłali im paczki żywnościowe. Podczas moich krótkich odwiedzin w Straussbergu, na Boże Narodzenie, wypakowaliśmy z wielką emocją i radością taką paczkę. Niestety, radość szybko zgasła, bo starannie upieczony drób i inne wiktuały zgniły lub spleśniały. Trzeba je było wyrzucić. To gestapo zatrzymało tak długo paczkę, aż było pewne, że zawartość się zepsuła i można paczkę doręczyć.

Uczyłam się prywatnie w Wiedniu, bo nauka w zakresie szkoły średniej była zakazana dla Polaków. W 1943 roku dostałam wezwanie do gestapo. Krótkie pytania młodego gestapowca brzmiały:

- Obywatelstwo (Staatsangehörigkeit)? Moja odpowiedz: bezpaństwowa (staatenlos).

- Narodowość (Nationalität)? Moja odpowiedz: polska (polnisch).

- Język ojczysty (Muttersprache)? Odpowiedz: polski (polnisch).

W rezultacie tego przesłuchania gestapo przekazało mnie do urzędu pracy (Arbeitsamt). Tam na biurku szefa dostrzegłam przygotowane już imienne skierowanie do pracy w fabryce broni w charakterze robotnicy oraz oznakę P (Polin), którą należało przyszyć do ubrania. Szef obejrzał moje papiery i – przypuszczalnie nie będąc zażartym hitlerowcem – odważył się zmienić gestapowską decyzję. Ponieważ w szpitalach wiedeńskich panował duży brak personelu – skierował mnie do pracy w I Klinice Okulistycznej Uniwersytetu Wiedeńskiego, w charakterze sanitariuszki. Nie miałam zielonego pojęcia o takim zawodzie, ale nauczyłam się wkrótce czego trzeba. Pracowałam tam do końca wojny.

Przeżyłam ciężkie, niszczycielskie naloty alianckie, w roku 1945 oblężenie szpitala przez Armię Czerwoną, oswobodzenie i kapitulację Niemiec.

Byłam oszołomiona wolnością. Prawie nie wierzyłam, że jestem wolna, że nie muszę się obawiać Samana Gaaga, głównego laboranta w klinice, ani wszystkich Parteigenossen – MAGNA RES LIBERTAS! Nękało mnie tylko pytanie, czy rodzice, bracia i siostra żyją. Na szczęście okazało się niebawem, że wojska amerykańskie posuwając się ku wschodowi zajęły szybko Turyngię. Gestapowcy nie zdążyli wymordować więźniów, ocaleli i moi rodzice. Jeszcze przed upadkiem Niemiec zdołali oni uzyskać zgodę na wysłanie małej Renaty ze Straussbergu do Wiednia, a potem do wuja Huberta, wnuka cesarza Franciszka Józefa i cioci Rosy. Tam również podążyli rodzice po uwolnieniu.

W 1947 roku rodzice, siostra i ja wróciliśmy do Polski, do Krakowa, by zacząć życie od nowa, jak sądziliśmy (dobra żywieckie upaństwowiono, byliśmy niemal bez środków do życia).

Ojciec ciężko chory po przejściach wojennych, uzyskał zgodę władz na wyjazd do Szwecji celem leczenia. Odwiozła go matka. Mnie udało się podjąć studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ozpoczęłam we Wiedniu po zdaniu matury po wojnie. Siostra zaczęła naukę w gimnazjum. Sytuacja materialna była brdzo trudna, polityczna również (trwał terror stalinowski). Gdy matka przyjechała w odwiedziny do Krakowa, władze paszportowe odmówiły jej prawa powrotu do chorego ojca do Szwecji. Pułapka zatrzasnęła się.

W marcu 1951 ojciec zmarł w Ostervik, w gościnnym domu cioci Very, siostry naszej matki. Złożyliśmy podanie o wystawienie nam paszportów, by udać się na pogrzeb ojca. Zasadniczo nie wypuszczano młodych osób z PRL, a tutaj chodziło o całą rodzinę zmarłego. W końcu, po wielkich trudnościach i interwencji szwedzkiej, wydano nam paszporty.

Na lotnisku w Okęciu funkcjonariusz (agent bezpieki) w mundurze celnika dokładnie kontrolował nasze nieduże walizki tekturowe z drobnymi rzeczami osobistymi. Miałam pecha, celnik wyciągnął kopertę z dokumentami (metryka urodzenia, świadectwa szkolne, indeks uniwersytecki itp.) i powiedział ze złością:

- Skoro obywatelka ma zamiar wrócić, to dlaczego zabiera ze sobą dokumenty?

Na takowe dictum acerbum obywatelka Krystyna Habsburg nie mogła dać odpowiedzi. Speszyła się, zaczerwieniła się jak burak.

- Rewizja osobista! – krzyknął funkcjonariusz. Przybiegła celniczka, zabrała mnie do kabiny i powiedziała:

- Jeżeli obywatelka coś schowała, to radzę dać mi, bo jeżeli znajdę, będzie źle!

Obywatelka nie schowała ani biżuterii, ani złota, mogła więc wyjść. Ale celnik zatrzymał mnie.

- Komu dać te dokumenty? Czy jest jakiś krewny na lotnisku? Był, nasz brat przyrodni ojciec Joachim, dominikanin (Kazimierz Badeni). Powiedziałam przez pomyłkę:

- „Ksiądz Badeni” (zamiast „ojciec Badeni”). Nagle słyszę, że przez głośniki woła się „Księcia Badeniego”… „Księciu” w białym habicie wręczono zatem moje dokumenty.

Odzyskałam je później, drogą dyplomatyczną, bo potrzebowałam ich do  udowodnienia w Szwecji lub innym kraju, że urodziłam się w Żywcu, jestem ochrzczona, przystąpiłam do pierwszej komunii świętej, byłam bierzmowana, a także, że uczęszczałam do szkoły podstawowej, gimnazjum, zdałam maturę, studiowałam medycynę na uniwersytecie

w Krakowie itd.

W ponurym nastroju wsiadłam do samolotu, bo była to podróż w nieznane i – jak przypuszczałam – bez powrotu do ojczyzny.

 

W Szwecji podjęłam pracę w szpitalu u profesorów Johna Linda, pediatry i Carla Wegeliusa, rentgenologa. Myślałam również poważnie o życiu klasztornym.

3 października 1953 roku, w dniu świętej Teresy Lisieux, miałam wstąpić do klasztoru Sióstr Misjonarek Lekarek Marii (Medical Missionaries of Mary) w Drodheda w Irlandii. Choroba płuc przekreśliła te zamiary. Leczono mnie w sanatorium szwedzkim w Hälahult, następnie w Davos w Szwajcarii. W roku 1970 zostałam przyjęta do Związku Polskich Kawalerów Maltańskich w charakterze Damy Honoru i Dewocji.

Inaczej potoczyły się losy mojego brata Karola Stefana, przebywającego w lecie 1939 roku w Szwecji, kraju który pozostał neutralny w czasie II Wojny Światowej. Zgłosił się jako ochotnik do Wojska Polskiego w Wielkiej Brytanii. Odbył służbę w II Pułku Artylerii Motorowej i w I Dywizji Pancernej generała Maczka. Walczył na szlaku bojowym od Normandii po rzekę Maas w Holandii. W lutym 1945 roku odkomenderowano go do Szkoły Podchorążych Artylerii w Szkocji; po ukończeniu otrzymał stopień kaprala podchorążego. Wrócił do Szwecji i tam pozostał. Pracował w Szwedzkim Banku Handlowym w Sztokholmie aż do emerytury. Ożenił się z Marie – Louise at Petersen i mieszka w Ostervik koło Sztokholmu, w miejscu zgonu ojca.

Brat przyrodni, Kazimierz Stanisław Badeni, studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim uzyskując dyplom magistra prawa. W 1939 roku był także w Szwecji, wrócił jednak przed wybuchem wojny do Buska. Stamtąd dostał się w porę do Rumuni, a potem przez Jugosławię do Francji. Przeszkolony w obozie w Bretanii walczył pod Narvikiem w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Podhalańskich. Gdy brygadę rozwiązano przedostał się do Marsylii i Maroka. Tam został internowany lecz uciekł do Gibraltaru i służył w Polskiej Misji Wojskowej. Później przeniesiono go służbowo do Anglii. Słaby wzrok nie pozwolił mu dostać się do Brygady Spadochronowej.

W 1945 wstąpił do klasztoru dominikanów w Hawkesyard Priory w Anglii. Studia teologiczne skończył w Krakowie i został tam w roku 1950 wyświecony na kapłana. Wybrał imię zakonne Joachim, był duszpasterzem akademickim. Urząd bezpieczeństwa deptał mu stale po piętach. Wzywano go na „rozmowy”, a studentów na przesłuchania, próbowano nakłonić do kolaboracji. Przebywa obecnie w klasztorze dominikańskim w Krakowie*.

Moja siostra, Renata, pracowała w antykwariacie w Sztokholmie. W roku 1957 wyszła tam za mąż za sekretarza ambasady hiszpańskiej. Don Eduardo de Zulueta y Dato, syna tamtejszego ambasadora. Przed laty był on na audiencji prywatnej u Ojca Świętego, Jana Pawła II. Gdy wspomniał, że żona pochodzi z Żywca, Ojciec Święty zastanowił się chwileczkę i zapytał:

- Jedna z córek arcyksięcia? Szwagier przytaknął. Wtedy usłyszał zdanie:

- Arcyksiążę był wielkim patriotą (L’Archiduc etait un grand patriote).

Jakiż wspaniały komplement dla zmarłego „polskiego Habsburga”, Karola Olbrachta z Żywca!

Mój szwagier zakończył karierę dyplomatyczną w randze ambasadora hiszpańskiego w Luksemburgu. Dziś mieszka z żoną w Madrycie.

Zasługi naszej matki w służbie Armii Krajowej nie zostały pominięte. W 1946 roku została potajemnie oznaczona Krzyżem walecznych. Udekorował ją oficer Armii Krajowej, jej przełożony. Nie znamy jego nazwiska. W roku 1957 generał Bór – Komorowski złożył matce wizytę w Sztokholmie. Na jego wniosek przyznano jej później (1963) honorową odznakę AK, którą wręczyli w Sztokholmie gen. Zdzisław Przyjałkowski, pułk. Witold Szymaniak były radca poselstwa, Wiesław Patek.

Matka zmarła w listopadzie 1985 roku. Została pochowana obok naszego ojca na cmentarzu Norra Kyrkogärden w Sztokholmie.

25 stycznia 1992 roku odbyły się uroczystości założenia Towarzystwa Polsko – Szwedzkiego im. Hrabiego Folke Bernadotte w sali balowej Nowego Zamku w Żywcu, z równoczesnym nadaniem Honorowego Obywatelstwa Miasta Żywca Habsburgom:

Karolowi Stefanowi, Marii Krystynie i Renacie zamężnej de Zulueta, dzieciom Karola Olbrachta i Alicji, a także: Ojcu Joachimowi, synowi z pierwszego małżeństwa śp. Alicji z hr. Ludwikiem Badenim.

Przedstawicielka Ambasady Królestwa Norwegii, Ewa Strumiłło – Kudłak udekorowała Ojca Joachima za jego udział w bitwie pod Narvikiem.

 

Dzień 28 marca 1993 roku był dla mnie piękną, wzruszającą datą. Tego dnia otrzymałam – po 42 latach statusu bezpaństwowca (ze szwedzkim dokumentem azylanckim) – paszport Rzeczpospolitej Polskiej.

Jestem szczęśliwa, że dane mi było doczekać wolności kraju ojczystego i że nic nie splamiło honoru polskich Habsburgów żywieckich.

Maria Krystyna Habsburg

*Ojciec Joachim Badeni zmarł 11 marca 2010, publikowane wspomnienia Marii Krystyny Habsburg spisane były przed śmiercią zakonnika. (Przypomnienie redakcji).

Kopiowanie materiałów zabronione.

Zdjęcie w ikonie: UM Żywiec


Drukuj   E-mail