Nawiedzona fabryka w Żywcu

Opowieści o duchach i nawiedzonych miejscach zawsze wzbudzają w nas dreszczyk emocji. Takich miejsc nie brakuje również w Żywcu. Dziś przedstawiamy historię o nawiedzonej fabryce sukna. Wprawdzie budynek obecnie nie istnieje, lecz sama historia jest bardzo ciekawa i pouczająca. Zwłaszcza dla odważnych mężczyzn!

 Przed II wojną światową w Żywcu działały dwie fabryki sukna. Pierwsza z nich ulokowana była w Zabłociu, będącym wprawdzie osobną gminą, druga natomiast znajdowała się w sąsiedztwie dzisiejszej siedziby Miejskiego Centrum Kultury. 
Fabryka sukna w Żywcu spłonęła przed I wojną światową i nie została odbudowana. Przez wiele lat mieszkańców straszyły wypalone ruiny, na zapleczu których znajdowała się piła używana przez tartak Solali. Okolica ta słynęła również z pięknych kasztanów, które jesienią chętnie zbierali mieszkańcy Żywca i Rudzy. 
Wspomnianą część miasta często odwiedzał mieszkaniec Rudzy - Błażej Tolatko. Powodem jego wizyt byli jednak mieszkający w tej okolicy znajomi mężczyzny. Tolatko był człowiekiem bardzo obytym, zwiedził sporą część kuli ziemskiej i chętnie opowiadał o miejscach, które zwiedził. Najchętniej o Węgrzech i Ameryce oraz swojej służbie w austriackim wojsku.
Pewnego jesiennego dnia mężczyzna zasiedział się u wspomnianych znajomych do późnych godzin nocnych, ponieważ zaprzyjaźniona rodzina obchodziła imieniny jednego z domowników. Przy suto zastawionym stole, na którym nie brakowało również alkoholu, zgromadzeni zaczęli opowiadać różne historie, m.in. związane z duchami i zjawami. Kobiety bardzo się bały i kuliły ze strachu, lecz mężczyźni - na przekór - śmiali się z opowiadanych historii, mając je za bzdury, a przewodził im stray żołnierz - Tolatko. Około północy Błażej Tolatko wyszedł z domu znajomych i udał się w kierunku Rudzy, zmierzając do uliczki za budynkiem Sokoła (obecnie MCK). Droga do domu prowadziła obok ruin fabryki. Oddajmy teraz głos Zdzisławowi Okuljarowi, który tak relacjonuje to, co spotkało bohatera naszej opowieści:

"Jeszcze mu w głowie było dobrze wesoło, gdy tu naraz (...) słyszy stękanie i ciężkie jęki. A że, jak się rzekło, był chłop tęgi nie tylko w gębie ale i pięści, zatrzymał się i nasłuchuje... A tu dalej nic ino stęka i jęczy, a wyraźnie od wypaleniska. Myśli se - coby też to mogło być? Nady tu jest wypalona fabryka i o północy nie uświadczy tu ani cienia człeka. Wpatrzył się w ciemnicę przez puste okna na parterze, ale gdzie tam co wypatrzeć, a jęki i stękania słychać dalej... Zebrał się Błażej w sobie i tak mówi:
- Wszelki duch Pana Boga chwali: i nasłuchuje pilnie, a tu dalej z jeszcze większą siłą kotwi się coś i niezmordowanie stęka... Na to Błażej dalej: - Czego potrzebujesz duszyczko? Odezwij się! - I wiecie poskutkowało, ciężko ktoś tam jakby spod ziemi zajęczał: 
- Pa-pi-ru! Pa-pi-ru!! - i naraz dżystło siarczyście i jakby szatański chichot zerwał się w ciemnościach ruin fabrycznych. Błażej już dłużej nie czekał, uciekał jak opentany, a za nim ino chichotało i chichotało, ani wiedział kiedy się znalazł w chałupie. Wpadł, zaryglował dźwierza. Chwilę nasłuchiwał, ale nie słyszał, żeby go tam co goniło. Cała chałupa już dawno spała, to i dobrze. Rozzuł się, rozebrał i wsunął pod pierzynę ku babie. Mroczyło mu się jeszcze we łbie przed zaśnięciem i myślał se - Ej, dobrze też, że mnie  który nie wypatrzył żem uciekał, byłoby też śmichu z Tolatki. Nale coby tam też za złe w tyk ruinach siedziało... - I tak mu się jeszcze kwile mentliło w łebsku, aż zasnął.
Kiedy wyszedł rano na Rudzą, już tam szumiało, że jakiś Jancykryst Tolatkę napadł w wypalonych sukiennikach i go gonił, że ledwie z życiem uciekał do chałupy. Od tego czasu Błażej zaczął wierzyć w duchy, a ludzie gdy się ściemniło skwapliwie omijali ruiny fabryki, w której straszyło".

Oprac: KP
Źródło: Zdzisław Marja Okuljar, W dawnym Żywcu", Żywiec 1992.
Źródło zdjęcia: Muzeum Miejskie w Żywcu 


Drukuj   E-mail