Żywieckie legendy. Część II

Żywieckie legendy. Część II

Prezentujemy drugą część legend związanych z miastem Żywiec. Wielu z Was zapewne zastanawiało się skąd wzięła się nazwa płynącej przez Żywiec rzeki Soły. Legenda tak tłumaczy etymologie tej nazwy (cytat według Magdaleny Czulak):

„Dawno, dawno temu, gdy nie powstało jeszcze Państwo Polskie, przez puszcze leżące nad Wisłą i Odrą wędrowały plemiona Celtów. Niewielkie plemię, któremu przewodził stary, mądry Dajko, odłączyło się od reszty i pobłądziło wśród łagodnych, lesistych wzgórz. Torek – ukochany wnuk Dajko, został raniony przez dzika i niesiono go na noszach z gałęzi, przez co spowalniał marsz. Kiedy nadeszła noc, plemię rozbiło obóz nad rwącą górską rzeką. Nocą Dajko czuwał przy noszach umierającego wnuka. Nagle z nadrzecznej mgły wyłoniła się kobieta, podeszła do noszy i wodą niesioną w dłoniach napoiła Torka i znikła we mgle. Kobieta przychodziła co noc, a Torek czuł się coraz silniejszy. Kiedy poczuł się zupełnie dobrze, zjawa z rzeki przestała przychodzić. Uszczęśliwiony Dajko nazwał rzekę SOŁA, co oznaczało w jego języku – „Dająca Siły”. Celtowie odeszli, powstało Państwo Polskie i miasto Żywiec. Przez wieki jego mieszkańcy walczyli z różnymi przeciwnościami losu i wrogami. Może to rzeka Soła dawała im siły i pozwalała przetrwać najtrudniejsze chwile”.

Z rzeką Sołą związane są również legendy o utopcach. Według podań, utopce miały mieszkać całymi rodzinami w okolicy jazu, żelaznego mostu kolejowego czy też łęgu za gazownią – gdzie dziś Soła łączy się z Jeziorem Żywieckim. Ostatni żywiecki utopiec mieszkał w Żywcu jeszcze po pierwszej wojnie światowej. Jego historia związana jest z rodziną rzeźnika Studenckiego – masarza mieszkającego przy moście solnym. Przekaz o tym znajdziemy m.in. w książce Zdzisława Marii Okuljara „W dawnym Żywcu”:

„Tego to właśnie masarza, mieszkającego przy moście solnym, stale odwiedzał w jego masarni ostatni żywiecki utopielec. Ubierał się on na zielono, włosy miał rdzawe, oczy rybie, wielkie, wybałuszone, koloru zielonego. Przez ramię miał przewieszoną torbę, która zakrywała mu na prawym boku wiecznie mokrą plamę. Zjawiał się zawsze wieczorem, kiedy w sklepie nie było nikogo, kupował różnego rodzaju odpady, a sam od siebie płacił dwa razy tyle, co żądał rzeźnik. (…). Byłoby tak pewnie dalej, gdyby utopca nie spotkała w sklepie ładna, młoda wiejska dziewczyna Weronka, służąca Studenckich, która przez ciekawość zapytała go, czy on zjada to wszystko, co kupuje. Wtedy utopiec, aby zaspokoić ciekawość Weronki, odpowiadał, że zakupy robi po to by karmić ryby i raki. Wtedy Weronka zorientowała się, że ma do czynienia z utopce i bardzo się przeraziła, że może on zrobić im krzywdę i do Soły ich zaciągnąć. Przekonywała masarza Studenckiego, by uwierzył, że jest to najprawdziwszy utopiec, tylko po miejsku ubrany. Pewnego dnia po południu zerwała się wichura. Burza z piorunami nadciągała od Skrzycznego. Pan Studencki uciął sobie drzemkę, a jego żona krzątała się po kuchni. Zaczął padać deszcz i nagle w sklepowych drzwiach pojawił się utopiec. Kiedy Weronka go zobaczyła, szybko wzięła do ręki kropidło, już wcześniej na utopca przygotowane, zamoczyła w kropielniczce ze święconą wodą, która na drzwiach wisiała i zaczęła kropić utopca mówiąc:

- W imię Ojca i Syna i Ducha, a zgiń maro i zostaw ten dom w świętym spokoju.

A co kropnęła, to utopiec stawał się mniejszy i mniejszy, aż zmienił się w żabę zieloną w szare plamki. Zanim jednak to się stało, zdążył jeszcze opluć Weronkę. Nagle zerwał się wicher, otwarł sklepowe drzwi i żaba uciekła do ogrodu. Za kilka dni po tym zajściu, Weronkę obsypało krostami. Żadne leki nie pomagały. Pani Studencka twierdziła, że to utopiec zemścił się na Weronce za to święcenie. Żal jej było dziewczyny, która wyglądała okropnie. Poradziła więc Weronce, aby szła do kapliczki Świętego Wita, a tam przed tą kapliczką w źródełku w cembrownie kamiennej cała się obmyła, bo woda ta ma moc uzdrawiającą i niejednemu już pomogła. Nawet sam król Jan Kazimierz tam się modlił i łaskę uzdrowienia otrzymał. Weronka zrobiła tak, jak jej pani Studencka poradziła i za czwartym umyciem wredne krosty zniknęły. Weronka z wdzięczności za swe wyzdrowienie świeczki przed Upadkiem Pańskim przy wejściu do kościoła farnego przy rynku zapaliła i modliła się za topielca, co go na żabę wyświęciła.

Pan Studencki pokpiwał sobie z tej opowieści, ale prawdą było, że utopiec zielony już się więcej w sklepie nie pojawił. Weronka zaś święcie wierzyła, że dom i rodzinę Studenckich od wielkiego nieszczęścia uratowała”.

Jeżeli kogoś interesowałoby skąd na spódnicach góralek wzięły się kwiaty, niech sięgnie do legendy napisanej przez Walerię Prochownik pt. „Podarunek Matki Boskiej”:

„Kiedy Matka Boża była już w niebie, wcale nie miała tam spokoju. Co chwilę zerkała na Ziemię, żeby popatrzeć co się tam z ludźmi dzieje. Najbardziej jednak na sercu leżał jej ciężki żywot kobiet. Wiedziała ona, że stare ludowe porzekadło głosi, że jak dziewczynka się rodzi, to siedem chórów anielskich płacze, bo rodzi się ona na cierpienie. Patrzyła też Matka Boża na nasze Beskidy, gdzie w dolinach wiejskie chaty przykucnęły od wiek wieków. Serce jej ogarniało wielkie współczucie, gdy widziała wiejskie kobiety wspinające się krętą górską drogą. Na plecach w chustkach dźwigały one dzieci, a w rękach niosły motyki lub grabie. Nic takiej niedoli nie mogła zaradzić. Wysyłała jedynie wiaterek, żeby osuszyć im skronie z potu. Szczególną uwagę przykuła Matce Boskiej pewna pasterka, która pasąc bydło, ciągle się modliła lub śpiewała nabożne pieśni. Młoda dziewczyna była pięknej góralskiej urody. Warkocze miała do pasa. Ubrana była w długą zniszczoną, pokrytą łatami spódnicę, skromną bluzkę, a na nogach miała chodaki. Klęcząc na modlitwie płakała i prosiła Matkę Bożą:

Matko Boża odmień mój los. Moje rówieśnice są takie szczęśliwe, mają już narzeczonych, a kto się nade mną zlituje i będzie chciał taką biedną pasterkę?

Prośba pasterki została przez Matkę Bożą wysłuchana. Pewnej niedzieli, gdy w kościele dzwony biły na Anioł Pański, a słoneczko już zachodziło za góry, po pięknych słonecznych promieniach, zeszła ku modlącej się pięknej pasterce Matka Boża i głosem słodkim jak miód przemówiła:

Skoro tak żarliwie, prawdziwie i pobożnie się modlisz, powiedz, czego byś chciała najbardziej.

Biedna dziewczyna tak się wystraszyła, że bezwiednie padła na kolana i oczy jej spoczęły na połatanej i wyblakłej od słońca spódnicy. Zawstydziła się swojego wyglądu i bardzo cichutko wyszeptała:

O rety ja przed Matusią Bożą w takiej połatanej spódnicy. To przecież wstyd. I rozpłakała się.

Wtedy to Matka Boża, na całą szerokość rozłożyła swe ręce, a wszystkie najpiękniejsze kwiaty z łąki, na której stała, przyszły do Niej. Dziewczyna aż wytrzeszczyła oczy, gdy spostrzegła, że Matka Boża trzyma w rękach kawałek materiału w śliczne, drobne kwiatki. Podała go pasterce i jeszcze raz rozłożyła ręce po drugi kawałek.

Zabierz to, tyle wystarczy. Będziesz miała piękne spódnice. Jedną od święta, drugą na co dzień.

Dziewczyna padła na kolana, dziękując Matce Bożej. Lecz gdy podniosła głowę do góry, nikogo już przy niej nie było. Z wielką radością tuliła do piersi nowy materiał na spódnicę. Od tego czasu góralki żywieckie chwalą się swoimi kwiecistymi spódnicami. I nie ma w tym żadnego zdziwienia, skoro sama Matka Boska taki podarunek im dała”.

Podczas budowy zbiornika zwanego Jeziorem Żywieckim, wyburzono kapliczkę Świętego Wita, która znajdowała się w Lasku Świętego Wita. Obecnie w tym miejscu znajduje się źródełko, które jest jedyną pozostałością po świątyni. Z tymże źródełkiem również wiąże się interesująca opowieść:

„Źródło to wypływało u podnóża wysokiego stoku porośniętego dębami, lipami i bukami. Miejsce to było tajemnicze, a wodzie przypisywano właściwości lecznicze. Wierzono bowiem, że w bardzo dawnych przedchrześcijańskich jeszcze czasach, w uroczysku tym, znajdowała się świątynia słowiańskiej bogini Żywi, (…). Kiedy w maju 1669 roku król Jan Kazimierz wraz z całym swoim dworem zjechał do żywieckiego zamku, gdzie po abdykacji oczekiwał na wyniki elekcji, bardzo zachorował na oczy. Wtedy to poradzono królowi, aby przemywał oczy źródlaną wodą z miejsca, które związane było z legendarnymi i historycznymi dziejami Żywca. Król tak jak mu zalecono, pojechał do źródełka i tam przemywał oczy źródlaną wodą. Wyzdrowiał, a w dowód wdzięczności ufundował obok źródła kaplicę pod wezwaniem św. Wita. Drewniana kapliczka przetrwała do roku 1869, potem na jej miejsce wybudowano murowaną, którą w 1964 roku zburzono. Samo zaś źródełko, przed zalaniem wodami Jeziora Żywieckiego, ocalało. Dzisiaj z ocembrowanej studni, można się napić czystej, zimnej, źródlanej wody”.

Źródło: Żywiec znany i nieznany, red. Aneta Brasse, Dorota Firlej, Leszek Fronk, Jolanta Gruszka, Maria Krystyna Habsburg, Weronika Kasperek, Marek Kliś, Lucyna Kucharczyk, Helena Kupczak, Mirosław Miodoński, Krzysztof Niemiec, Jerzy Piątek, Pavla Simlekova, Katarzyna Śleziak, Andrzej Szewczyk, Tomasz Terteka, Karolina Wałęga,  Tom II, Żywiec 2010.

Opracowanie: Rafał Mołdysz.


Drukuj   E-mail