Sport

Wpadająca w ucho nazwa Śmierdzący Leń i spory dystans do pokonania. Gdzieś na trasie dało się usłyszeć, że ktoś nie docenił dystansu. To tylko nieco ponad 27 kilometrów, ale trzeba przyznać, że deniwelacja terenu i jej częstotliwość miały duży wpływ na rytm biegaczy.

Oczywiście najlepsi „szli jak burza” i meldowali się na punktach kontrolnych pełni ducha walki. Inni cieszyli się możliwością biegania i odczuwali pewien rodzaj euforii, powodowany tym, że ich wytrenowany organizm działał jak dobrze naoliwiony mechanizm. Prąc do przodu radzili sobie znakomicie w najtrudniejszym nawet terenie. Można by stwierdzić, że wszystko udało się tak, jak było zaplanowane. Nie można było jednak przewidzieć pogody. Jeszcze w piątek 1 lipca termometry wskazywały prawie 34 stopnie w cieniu. Organizm odmawiał posłuszeństwa po kilkunastu krokach, broniąc się przed totalną destrukcją gorąca. W dniu biegu pogoda do biegania była można rzec idealna. Temperatura typowa dla lipca, słońce za chmurami. Wyżej w górach było mgliście i od czasu do czasu nisko zawieszone chmury pozbywały się nadmiaru wilgoci. Przyznać trzeba, że dzięki temu nakład sił potrzebny do pokonania dystansu wydawał się jakby mniejszy. Jednak mokre podłoże potrafiło spłatać figla i wprawić podeszwy butów w niekontrolowany ruch. Jedynie czego brakowało, to rozległych panoram Worka Raczańskiego, Małej Fatry czy też Tatr. Pod pierzyną mgieł schowała się Babia Góra i drzemało Pilsko. Nie było widać także charakterystycznej sylwetki Chocza.

Sam bieg rozpoczął się miłym akcentem. Na starcie pojawił się wójt Tadeusz Piętka, który sam co prawda nie brał udziału w rywalizacji sportowej, ale pięknie rozprowadził biegaczy do pierwszego skrętu na Motykówkę. Dalej już zawodnicy sami pięli się pod górę. Pierwsze kilometry, to łagodna stokówka przez Równie, później było coraz wyżej. Trzeba było koniecznie zaliczyć Śmierdzący Potok, od którego bieg zaczerpnął nazwę. Tutaj znajduje się znane w okolicy źródło wód siarkowodorowych, któremu patronuje figurka Matki Boskiej z Potoka.

 Po kilku kilometrach wspinaczki rywalizacja osiągnęła poziom Hali Bacmaniej, a wcześniej jeszcze był sławny Przesmyk Męki Inżyniera. Następnie Hala Bieguńska, trawers Zbójnickich Dolin. Kilka kilometrów dalej czekał pierwszy punkt kontrolny i bufet. Po wzmocnieniu się trzeba było pokonać „Golgotę” i zaliczyć kolejno Halę Lipowską i Halę Rysiankę. Ta ostatnia znana z pięknych krokusowych kobierców, które zakwitają tutaj co roku na wiosnę. Po Trzech Kopcach była przełęcz Bory Orawskie, przez którą przechodzili przed wiekami zbójnicy szabrować orawskie folwarki. Później trasę wykorzystywali chętnie przedsiębiorczy górale, których nielegalne wyprawy „za miedzę” urosły do legendy. Stąd do mety pozostało niecałe 9 km. Jeszcze tylko Złatna-Huta z ruinami XIX wiecznej huty szkła i zabytkowa Boża Męka ufundowana przez hutników. Następnie wzniesienie Kościelec, z którym związana jest legenda o bijących tutaj dwa razy do roku dzwonach kościelnych. Przed samą metą długi i męczący trawers góry Okrągła i słodki smak zwycięstwa. Dla jednych była to rywalizacja czysto sportowa, a dla innych zmaganie z własnymi słabościami. Zwyczajowo mówi się, że liczy się przede wszystkim udział, dobra zabawa i przezwyciężanie własnych słabości. To prawda, ale sam bieg dawał także możliwość dzielenia się pasją z innymi. Nierzadko przecież zdarza się, że biegaczom kibicują najbliżsi i mocno trzymają za nich kciuki przez cały bieg i długo jeszcze po jego zakończeniu.

 

Co do przyszłości biegu, to można śmiało powiedzieć, że warto go kontynuować. Organizatorzy usłyszeli o imprezie wiele pochlebnych opinii. Co oczywiście daje ogromną satysfakcję. Motywuje też do tego, aby kolejne edycje nie tylko się odbywały, ale były coraz lepsze. Nieoficjalnie wiadomo, że tuż po zakończeniu pierwszej edycji pojawiły się plany, aby bieg stał się imprezą o charakterze transgranicznym i promował nie tylko sport i rekreację, ale także dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze Orawy i Beskidu Żywieckiego w ogóle. W takim wydaniu impreza byłaby wspierana przez wiele ważnych instytucji zarówno polskich jak i słowackich. Sama trasa mogłaby liczyć około 70-80 km. Oczywiście obecny wariant także zostałby zachowany. Co z tego planowania wyniknie? Nie wiadomo. Zamiary są ambitne. Przypomnijmy jeszcze tegorocznych zwycięzców: Sławek Stopka, Michał Białożyt, Robert Rysz, a wśród pań: Katarzyna Słowik, Justyna Kocoń, Natalia Wolna i Maria Szczęśniak. Organizatorami byli Gmina Ujsoły i CKSIR Ujsoły. Smacznie gotowały panie z KGW Złatna. Imprezę zabezpieczali strażacy z Glinki i Złatnej. W biegu wzięło udział 47 biegaczy. Nikt nie ucierpiał i wszyscy startujący zameldowali się na mecie, co też dobrze świadczy o samych zawodnikach jak również o organizatorach. Wszystkim serdecznie gratulujemy.